Zepsuty przyjaciel
Miałam w dzieciństwie przyjaciela, szaroburego misia. Wypłakałam go, leżąc przed jedynym sklepem zabawkowym w naszym małym, śmiesznym miasteczku. Pokochałam mojego przyjaciela pierwszą, wielką miłością, taką od tego jedynego spojrzenia. Nosiłam go i woziłam ze sobą wszędzie. Czasami się gubił, a dziadek chodził po miasteczku, sklepach i zaułkach, szukając mojego przyjaciela. Miś spał ze mną, jadł, płakał, cieszył się, taki zwykły, niezwykły miś. Któregoś dnia mocno się zepsuł. Podczas jednej z naszych wędrówek po twierdzy, spadł ze skały, urwało mu się uszko i wypadło oko, podarł się brzuszek. Szlochałam niosąc go delikatnie do domu. Był brudny, poszarpany bez oka, ale nadal go kochałam. Rano obudziłam się, a na mojej poduszce pysznił się nowy, puchaty, rudy miś…. Krzyknęłam ze strachu – babcia chcąc zrobic mi przyjemnośc, kupiła nowiutkiego misia, a mojego przyjaciela wyrzuciła do śmietnika. Płakałam tak długo, aż dziadek poszedł ze mną do kubła na śmieci, wyciągnął zepsutego przyjaciela i obiecał, że go naprawi. Mój przyjaciel przeżył operację zszycia brzuszka, przyszycia uszka i przyklejenia nowego oczka – które było trochę inne od tego pierwszego – kąpiel i suszenie. Może nie był jak nowy, ale dla mnie najważniejszy, najukochańszy. Rudy stał na półeczce, nigdy nie poszedł z nami na spacer, na włóczęgę, był zbyt piękny i bez duszy. PS. Ryjku, przyjaciele nawet zepsuci, wciąż są przyjaciółmi i wpisy zamieniły się kolejnością.

Dodaj komentarz